Dzisiaj zdałam sobie sprawę, że udawanie to w zasadzie większa część mojego życia.
Nie bardzo tego chcę. Chciałabym być sobą. Czasem mam ochotę po prostu to zmienić. Ale boję się konsekwencji takiego działania. Bezpieczniej jest tkwić w tym nieprawdziwym świecie. Bezpieczniej jest udawać i kłamać.
A co udaję? Prawie wszystko. Udaję, że moje życie jest wspaniałe. Że lubię to jak wyglądam i nie mam problemów większych niż wypisany długopis. Udaję, że wiem kim jestem. Udaję uśmiech na każdej lekcji i przerwie, aż czasem w domu, gdy jestem sama orientuję się, że się uśmiecham, choć w środku czuję smutek. Udaję, że nie jestem na diecie, choć nie udawanie tego by mi pomogło, ale na dłuższą metę miałabym z tym same problemy. Udaję, że nie jestem psychiczna.
Dzisiaj prawie na każdej lekcji zadania obejmowały takie pytania, które niby były normalne, ale dla mnie są zbyt prywatne. Banalne niby, ale ja musiałam się zastanowić najpierw co napisałaby normalna osoba. Takie np. na Angielskim opisanie składników ulubionej potrawy.. Niby nic, a ja mam z tym problem.
Z drugiej strony najbardziej męczące jest dla mnie udawanie normalnej. Wiecie jak to jest kiedy cały weekend czyszczę torbę szkolną tak, by była ona czysta na zadowalającym mnie poziomie i wszystko to, co się w niej znajdowało (Torbę wyprałam 2 razy i poprawiłam połową (40 szt.) opakowania chusteczek nawilżanych jakąś substancją mega czyszczącą, a pozostałe 1,5 op. trafiło do czyszczenia reszty. Nie jest to ważne, że moje dłonie kiedyś odmrożone na wierzchu i już podleczone, od tego specyfiku przybrały barwę żywej czerwieni.) tylko po to, bym mogła odrobić lekcje przy moim czystym biurku. A potem w poniedziałek rano spotkać na korytarzu szkolnym dawną bliską koleżankę, która leci do mnie, żeby mnie uściskać na powitanie i na pierwszej lekcji już widzieć jak osoba, która o higienę nie dba za bardzo grzebie mi w piórniku, żeby ołówek pożyczyć... Wtedy ten sztuczny uśmiech jest najcięższy.
Nawet w domu muszę udawać. Przed rodzicami, że jem. Że nie mam nic przeciwko jedzeniu fastfoodów i tłustego jedzenia na co dzień jak mnie uczono od dziecka. Że nie obchodzi mnie czystość, ani to, że wiem kiedy oni wchodzą do mojego pokoju tylko po to, by się rozejrzeć, czy nie ma tam nic podejrzanego.
Co raz częściej myślę o tym, jak dobrze bym się teraz czuła gdybym już rok temu zaczęła leczenie w tym kierunku. Byłabym już może zdrowa. Nie miałabym już może ocd, albo przynajmniej wychodziłabym z niego. Ale boję się komukolwiek o tym powiedzieć. Że to coś co mi mówi, że coś jest nie wystarczająco czyste istnieje. Znam moich rodziców na tyle, że wiem, że miałabym wtedy na 100% przeszukany pokój, laptop, telefon i wszystko inne. A moja mama zaczęłaby leczenie po swojemu (wysyłanie mojego brata, żeby położył się na moim łóżku, znoszenie wszystkich śmieci na moja podłogę, tuż po umyciu się kazanie mi sprzątania np. w piwnicy). Zbyt szkoda by jej było kasy na psychiatrę. Mi jest zbyt szkoda mojej już zbyt wrażliwej psychiki na takie rzeczy. A nie mogę się jeszcze wyprowadzić, pracować, sama sobie pomóc. Cholerna szkoła.. Pojebane życie..
Przepraszam, za tak długą notkę. Musiałam to z siebie wyrzucić.
PONIEDZIAŁEK
+ 50 kcal - 2 kawy z mlekiem
+ ok. 450 kcal - schabowy
+ ok. 400 kcal - frytki
+ 30 kcal - odrobina oranżady rozwodniona
Razem = 930 kcal
- 1h spaceru z psem
- 1,5 h gry w koszykówkę (dużo biegałam po boisku)
WTOREK
+ 45 kcal - 2,25 kubka kawy z mlekiem
+ 130 kcal - ziemniaki w sosie
+ ok. 450 kcal - smażone pulpety
+ 50 kcal - buraczki takie ze słoika konserwowe
Razem = 675 kcal
- 0,5h spaceru z psem
- 20 min fitnesu


Czasami czuję że wszystko co czuję, wszystkie emocje są udawane, jakby 'na pokaz' tylko nie ma tego komu pokazać.
OdpowiedzUsuńRodzice i te ich 'metody'. Poczekaj aż pójdziesz na studia albo do pracy. Wtedy nie będziesz potrzebowała ich zgody ani nawet nie będą musieli wiedzieć że poszłaś do lekarza.
Całkiem fajne bilanse. Trzymaj się.
A leczysz się teraz, tak? oglądałam program co kobieta myła ręce wrzącą wodą żeby zabić "bakterie" współczuję Ci, ie mam pojęcia jak Ci pomóc. Może wskocz to kontenera ze śmieciami i tak przełamiesz swój lęk? xD nie no żartuję oczywiście. Od kiedy tak masz? A z tym udawaniem kogoś innego każdy po trochu ma i każdy myśli, że jest nienormalny, ja też :) powodzenia :*
OdpowiedzUsuńMoją paranoją jest nerwica natręctw- tzn, że milion razy pod rząd wszystko sprawdzam, a czy to lodówka jest zamknięta, drzwi, okno, czy kurki od gazu są zakręcone... tak więc trochę Cie rozumiem. Takie dziwactwa potrafią utrudnić życie. Ja też udaje ,że wszystko jest wporządku, że jestem szczęśliwa a tak na prawdę wszystko we mnie krzyczy ,że nie jestem...
OdpowiedzUsuńDobrze, że piszesz o wszystkim. W niektórych przypadkach wyżalenie się naprawdę pomaga.
OdpowiedzUsuńWiem jak się czujesz udając przed wszystkimi że jest ok, ale wierze że przyjdzie taki dzień kiesy żadna z motylków nie będzie musiała udawać bo naprawdę wszystko będzie dobrze
Powodzenia, trzymam za Ciebie kciuki :*
Udawanie jest częścią życia wszystkich ludzi - jedni udają szczerość wobec koleżanek z klasy, inni zakrywają blizny na ciele. Nawet większość uśmiechów jest sztuczna i wymuszona, wynika z wewnętrznego przekonania o potrzebie bycia "miłym" lub z chęci ukrycia osobistych problemów.
OdpowiedzUsuńDobrze, że masz miejsce, w którym możesz być szczera. Chociaż ten internet.
Rozumiem, że teraz jesteś już w trakcie leczenia? Cóż, powodzenia. Póki co piszesz siebie, ale wkrótce uda ci się stać tą osobą, którą teraz jesteś lub próbujesz być w oczach innych.
Btw, moi rodzice, właściwie moja mama też jest zwolenniczką niekonwencjonalnego leczenia. Mam na myśli innego rodzaju problemy, ale o czymkolwiek jej powiedzieć, staje się moim osobistym, nieproszonym psychologiem, psychiatrą i specjalistą od wszystkiego. Ciekawe, czy zdaje sobie sprawę, że w ten sposób można wszystko zniszczyć.
Trzymaj się;*